6.5 klart

6:06 PM anna m. 3 Comments











































































w ostatnim dzisiejszym śnie krzyczałam ze łzami w oczach, że "nienawidzę tego miasta".
w stronę poznania, ale w rzeczywistości jestem bardzo daleka od takich uczuc.

sztokholm pożegnał nas bardzo niespodziewanym, i bardzo intensywnie padającym śniegiem
kopenhaga powitała znów - pięknym słońcem i okropnie mroźnym wiatrem

ola twierdzi, że czuje się w kopenhadze jak u siebie,
i choc ja mam do tego dużo mniejsze prawo, chciałabym powiedziec to samo
to niesamowite, jak dobrze można się czuc w miejscu, w którym było się zaledwie kilka dni

nie jest tak poprawna jak sztokholm, tak czysta, tak bezpieczna. tak spięta, tak stylowa, i nudna.
brakuje typowych skandynawskich domków, ale za to są dziesiątki niesamowicie uroczych, przypominających anglię.
tysiące rowerów, wiatr rozwiewający włosy. przepyszne kanapki, przepyszne lody, jagodowe ciasto i cudowna herbata imbirowa.

zakochałam się na nowo, bardziej niż kiedykolwiek.
już kiedy pierwszego dnia, przy pięknym zachodzie słońca przechodziłam przez most na Amager.
kiedy zupełnie sama musiałam iśc między ogromnymi budynkami, kiedy prawie już w ciemnościach stałam pod wielką błyszcząco czarną salą koncertową, która tak bardzo mnie przerażała. gdy dookoła tylko wielkie puste przestrzenie. i woda.
i nawet kiedy czułam się tak obco, jedyna nie w czerni.

i może właśnie dlatego że spałam wtedy tylko jakieś 3 godziny, te dźwięki były takie idealne.
i te przepiękne, przepiękne dopasowane do muzyki małe światła na scenie.
i sascha ring, który był wtedy najlepiej ubranym mężczyzną jakiego widziałam.

i spacer na metro o 1 w nocy. i nerwowe przyglądanie się mapie, gdy okazuje się,
że trzeba będzie wracac pieszo. i przerażenie, gdy ktoś zachodzi mi celowo drogę już tak niedaleko domu.
i te niesławne ulice, i to ciągle oglądanie się za siebie.

a mimo to, kocham to miasto.

i szczególnie przez dwa następne dni. spacery po carlsbergu, okrywany na nowo frederiksberg.
i wiatr, i trochę deszczu. i czekanie pod vegą, jeszcze bez większych emocji.
i niewielka sala. i scena tak blisko. i eirik i erlend. kings of convenience. łzy w oczach.
zanim kierowana tylko myślą "no dobrze, zobaczmy jak grają" dwa lata temu weszłam do openerowego namiotu
czułam, że ich muzyka jest taka mdła i nudna. i kiedy tylko zobaczyłam tam z daleka,
jak cudownie grają, jak żartują, jak erlend tańczy.. och, jak byłam w błędzie.

w kopenhadze, przez całe 1,5 godziny nie mogłam przestac się uśmiechac.
połowa piosenek przerywana była śmiechem publiczności, a każda przerwa ubarwiana duńsko - norweskimi żartami.
i kiedy po tym wszystkim pragnęłam tylko "więcej, więcej!", wystarczyło poczekac do następnego wieczoru.

w poniedziałek zagrali w jeszcze mniejszej sali, piosenki dotąd niewykonywane na żywo.
trochę spokojniej, trochę smutniej, ale równie niesamowicie.
i bez zdjęc, i bez autografów, ale rozmowy z eirikiem, kiedy pan ochroniarz już wszystkch wyrzucił, nigdy nie zapomnę.
i erlenda który sam podszedł, kiedy już nieśmiało chciałam uciekac.
dobrze było rozumiec, gdy po norwesku mówili, że wystarczy na nich chwilę poczekac.

jakby już było mało piękna tego miasta. teraz nie będę już mogła nigdy przechadzac się spokojnie
po vesterbro nie uśmiechając się do wszystkich. po okolicach islands brygge chyba też nie.
okrutnie silny wiatr nie jest może najlepszy, gdy chce się zwiedzic miasto rowerem,
ale do biegania z latawcem - wręcz przeciwnie. do tego pyszne lody, sok z bzu
i od razu pachnie dziecinstwem.

i pewnie nie uwielbiałabym kopenhagi tak bardzo, gdyby nie kristine,
u której wypiłam już chyba dziesiątki kubków herbaty. na zdjęciach wspaniały widok z jej okien
z naszej pierwszej wizyty. na najnowsze zdjęcia niestety trzeba będzie długo czekac.
ale obiecuję, będą pełne słońca, radości i przepięknie kwitnących drzew.


much much shorter english version, just for now,
i fell in love with copenhagen again, stronger than ever
fantastic apparat show, two evenings with beautiful music of kings of convenience
and then meeting them might have something to do with it..
not as clean, as 'perfect and stylish', not as safe as stockholm.
but so much more lively and interesting. i'm sorry. i miss it so much already
and i wouldn't probably fell in love with copenhagen so quickly
if it wasn't for kristine. and hundreds cups of tea at her lovely place.

3 comments:

  1. niesamowite... móc mieć takie porównania.... a te schody mnie po prostu oczarowały !
    Piękne ujęcia !

    ReplyDelete
    Replies
    1. schody na podwórze, z wyjściem prosto z kuchni.

      Delete